Tęcza w kałuży

Mam tyle lat, ile mam, czyli już ponad pół wieku. Dorastałam w ciekawych czasach i cieszę się z tego. W tym blogu chcę powspominać swoje dzieciństwo i młodość. Mam nadzieję, że starsi powspominają ze mną, a młodsi poczytają z ciekawością jak to kiedyś bywało. Blog "Tęcza w kałuży" powstał na Bloxie. Tu zamierzam go kontynuować.

wtorek, 5 grudnia 2017

Mikołajki

Nie mam pojęcia, jak dziś jest w szkołach, ale za moich czasów każdego roku organizowane były mikołajki. Na karteczkach wypisane były nazwiska wszystkich uczniów z klasy, potem się losowało i osobie wylosowanej trzeba było kupić prezent. Niby zwyczaj miły, ale jednak budził i niemiłe emocje. No bo jedno się starali bardziej, a inni mniej. Czasami dostawało się w prezencie jakieś totalne badziewie. Bywało tez, że pół klasy dostawało takiego samego pluszowego misia, bo akurat takie maskotki wrzucili do sklepu z zabawkami na głównym placu Ursusa. Ale i tak najgorzej miała zawsze ta osoba, która wylosowała wychowawczynię, bo trzeba było wtedy się bardziej postarać. Mnie szczęśliwe ten zaszczyt ominął. Raz zaś wylosowałam siebie i się do tego nie przyznałam (nie tylko ja, bo ktoś inny tez musiał być w takiej sytuacji). Pozbawiłam się w ten sposób niespodzianki, ale i rozczarowania.
Były też oczywiście i mikołajki domowe. Rano 6 grudnia pod moja poduszką była zabawka. Zwykle podkładali ja w nocy rodzice, gdy już spałam. Czasami robili mnie w balona, co widzę dopiero z perspektywy czasu. Rano bowiem się budziłam i uderzałam w ryk, że byłam grzeczna, a prezentu nie ma. Przybiegała mama, podnosiła poduszkę i... prezent się znajdywał. Cud!
I na koniec anegdota rodzinna ze mną w roli głównej. Raz mocno dokazywałam i mama powiedziała: - Mikołaj wszystko widzi, a takim nie grzecznym dzieciom nie przynosi prezentów. Na to szybko podbiegłam do okna i zaciągnęłam zasłonki: - Już nie widzi - oznajmiłam radośnie.
A to ja z prezentem, choć nie mikołajkowym, ale i tak najwyraźniej sprawił mi przyjemność.



wtorek, 7 listopada 2017

Z rodzinnego albumu

Niespodzianka. Zeskanowałam parę zdjęć z dzieciństwa i będę je wrzucała na blog. Na początek ja w wersji zdziwiono-przestraszonej. Zdziwienie zostało mi do dziś!




poniedziałek, 6 listopada 2017

Na podwórku 2

Przepraszam, że się opuściłam w pisaniu. Powód banalno-techniczny, może kiedyś wyjaśnię.
Dziś chciałam o podwórku, miejscu, które kiedyś było królestwem dzieciaków, a dziś opustoszało. Najpierw na podwórko wychodziło się z rodzicami, a przynajmniej pod opieką swojego lub cudzego rodzica. To było w okresie piaskownicy, czyli wtedy, gdy piaskownica wystarczała za cały świat. Piaskownica była miejscem pierwszych wojen, bo młodsi na jej brzegach stawiali babki - większe robione za pomocą wiaderek i mniejsze z foremek - starsi grali w kapsle. Kapsle były jak rowery, brzeg piaskownicy robił za tor rowerowy. Babka z piasku była przeszkodą. Szły więc czasem w ruch łopatki. Było też sypanie sobie piasku na głowę.
Z czasem człowiek wychodził z piaskownicy. Najpierw na karuzelę i huśtawki - obowiązkowe wyposażenie każdego podwórka. Potem zaczynały się zabawy. Ja chyba najbardziej lubiłam bawić się w chowanego, ale berek też był OK. 
Następnym etapem były gry w podgrupach. Dziewczynki grały w klasy i skakały w gumę. Chłopcy grali w nogę. Przyznam ze wstydem, że w gumę marnie mi szło. Dochodziłam bez bólu do kolan (podnosiło się gumę - kostki, łydki, kolana, uda, biodra, pas), wyżej pojawiały się schody. Dlatego zresztą ćwiczyłam w domu. Ustawiałam dwa krzesła i skakałam. Czasami przychodziła do mnie koleżanka, która mieszkała piętro niżej i razem skakałyśmy. Czasami jej ojciec mówił mojej mamie: - Powiedz coś tej swojej córce, bo sufit nam się trzęsie jak ona skacze. - To najpierw ty powiedz to swojej, bo właśnie razem skaczą - odpowiadała moja mama.
Kilka lat później znów byliśmy na podwórku w grupach dziewczęco-chłopięcych, ale już nie bawiliśmy tylko prowadziliśmy niezwykle poważne dyskusje. A potem grupy porobiły się dwuosobowe i coraz częściej znikaliśmy z podwórka...