Tęcza w kałuży

Mam tyle lat, ile mam, czyli już ponad pół wieku. Dorastałam w ciekawych czasach i cieszę się z tego. W tym blogu chcę powspominać swoje dzieciństwo i młodość. Mam nadzieję, że starsi powspominają ze mną, a młodsi poczytają z ciekawością jak to kiedyś bywało. Blog "Tęcza w kałuży" powstał na Bloxie. Tu zamierzam go kontynuować.

wtorek, 7 listopada 2017

Z rodzinnego albumu

Niespodzianka. Zeskanowałam parę zdjęć z dzieciństwa i będę je wrzucała na blog. Na początek ja w wersji zdziwiono-przestraszonej. Zdziwienie zostało mi do dziś!




poniedziałek, 6 listopada 2017

Na podwórku 2

Przepraszam, że się opuściłam w pisaniu. Powód banalno-techniczny, może kiedyś wyjaśnię.
Dziś chciałam o podwórku, miejscu, które kiedyś było królestwem dzieciaków, a dziś opustoszało. Najpierw na podwórko wychodziło się z rodzicami, a przynajmniej pod opieką swojego lub cudzego rodzica. To było w okresie piaskownicy, czyli wtedy, gdy piaskownica wystarczała za cały świat. Piaskownica była miejscem pierwszych wojen, bo młodsi na jej brzegach stawiali babki - większe robione za pomocą wiaderek i mniejsze z foremek - starsi grali w kapsle. Kapsle były jak rowery, brzeg piaskownicy robił za tor rowerowy. Babka z piasku była przeszkodą. Szły więc czasem w ruch łopatki. Było też sypanie sobie piasku na głowę.
Z czasem człowiek wychodził z piaskownicy. Najpierw na karuzelę i huśtawki - obowiązkowe wyposażenie każdego podwórka. Potem zaczynały się zabawy. Ja chyba najbardziej lubiłam bawić się w chowanego, ale berek też był OK. 
Następnym etapem były gry w podgrupach. Dziewczynki grały w klasy i skakały w gumę. Chłopcy grali w nogę. Przyznam ze wstydem, że w gumę marnie mi szło. Dochodziłam bez bólu do kolan (podnosiło się gumę - kostki, łydki, kolana, uda, biodra, pas), wyżej pojawiały się schody. Dlatego zresztą ćwiczyłam w domu. Ustawiałam dwa krzesła i skakałam. Czasami przychodziła do mnie koleżanka, która mieszkała piętro niżej i razem skakałyśmy. Czasami jej ojciec mówił mojej mamie: - Powiedz coś tej swojej córce, bo sufit nam się trzęsie jak ona skacze. - To najpierw ty powiedz to swojej, bo właśnie razem skaczą - odpowiadała moja mama.
Kilka lat później znów byliśmy na podwórku w grupach dziewczęco-chłopięcych, ale już nie bawiliśmy tylko prowadziliśmy niezwykle poważne dyskusje. A potem grupy porobiły się dwuosobowe i coraz częściej znikaliśmy z podwórka...

środa, 4 października 2017

Piegi

Niby bajek to my wiele w telewizji nie mieliśmy, ale jednak jakoś człowiek nie narzekał. Pewnie dlatego, że przed telewizorem spędzało się mało czasu. Zwykle ganiało się po podwórku do Dobranocki. Ta też specjalnie wymyślna nie była, ale wystarczała. A na dodatek naprawdę miała wpływ na życie małego widza. Gąsce Balbince zawdzięczam trzecie imię. Dla żartu wybrałam sobie na bierzmowaniu imię Balbina. Kochanych rodziców miałam, że mi tego nie zabronili zrobić! Natomiast Jackowi i Agatce zawdzięczam miłość do... piegów.
Piegowaty był Jacek, ale nie pamiętam kto to wymyślił. W każdym razie Jacek i Agatka założyli kiedyś Klub Piegowatych. Dla dzieci z piegami na noskach. Tyle że ja piegów nie miałam. Co odbierałam jako niesprawiedliwość. Jedno lato minęło, a na moim nosie ani jeden pieg się nie pojawił, potem drugie... Pamiętam, że byliśmy wtedy na wczasach nad morzem. Ja miałam już chyba z 10 lat. Patrzę pewnego dnia w lustro i widzę, że są i to od razu w całym pakiecie. Natychmiast się wydarłam: - Mamo! Mam piegi! Znajoma rodziców, która była tego świadkiem, rzuciła się na ratunek, zaczęła tłumaczyć, że to nic takie, ze cytryna pomoże. - Zostaw ją w spokoju, ona od lat czekała na te piegi - wtrąciła się mama. A ja poleciałam pochwalić się tacie. 
Lata minęły, a ja wciąż uwielbiam te wakacyjne piegi!